Moja babcia była krawcową. Wśród jej doskonałych opowieści wiele zapadło mi w pamięć. Jedna z nich (prawdopodobnie legenda miejska) do dzisiaj nie daje mi spokoju.
Otóż babcia twierdziła, że miała koleżankę - nomen omen krawcową - która w pewnym momencie przestała dbać o jakość skupiając się na ilości.
Sama potrafiła pocerować, naszyć spodni i skrócić sukienek więcej niż jej koleżanki i koledzy po fachu.
Jednak pewnego razu z roztargnienia wbiła się jej igła w rękę. Pech chciał, że nie mogła jej wyjąć ale mając inne sprawy na głowie zapomniała o tym.
W tydzień później kobieta zmarła. Z powodu jej młodego wieku wykonano sekcję zwłok, która wykazała, że przyczyną śmierci była ... igła, która serce potraktowała jak balonik.
- Po prostu wybuchło - mówiła babcia.
Czy coś takiego jest możliwe? Piszcie w komentarzach.
Było takie miejsce w Gdyni, o którym starsi mieszkańcy mówili ściszonym głosem. Przy ujściu Chylonki do kanału portowego, tam gdzie rzeczka wpadała w ciemną, portową wodę, rozciągała się mała, dzika plaża. Latem przychodziły tu dzieci z okolicznych bloków. Niektóre już nie wróciły do domu.
Komentarze
Prześlij komentarz